wtorek, 21 sierpnia 2007

Po przerwie

Mój biedny blog przestał się pisać, a tyle się działo ostatnio. Było urocze Monachium, koncerty, dyskoteki, bary, ciekawi ludzie, niesamowite Red Hot Chili Peppers. Potem brutalny powrót do Paryża, konferencja, pisanie artykułu, praca, pożegnanie koleżanki, która wróciła do Aten, prawie po 10 latach pobytu w Paryżu. Wcześniejsze niespodziewane urodziny chłopczyka – Jacka, mojego siostrzeńca. Wyjazd z Marysią do La Rochelle na parę dni, przyjazd Huberta i w końcu tygodniowy pobyt w Polsce z atrakcjami, zobaczyłem Magdę prawie po dwóch latach, wyszła w lipcu za mąż, byłem na bardzo ciekawych urodzinach u Karoliny. Grałem ostatnio też dużo w „Desktop Tower Defense”, tej gry powinni zabronić, szczególnie dla osób podatnych.

A teraz wróciłem i szykuję się do dalszej pracy, heh, życie ;)

Postaram się pisać teraz częściej.


czwartek, 31 maja 2007

20 minut - Tak Panie Heathcliff

Zadziwiające jest to ile można zrobić w 20 minut. Dzisiaj jak zwykle wstałem o 8:30. Metro miałem o 9:07, zwykle przesiadam się na stacji Odensplatz i jadę do Garching-Forschungszentrum, ale dzisiaj musiałem sobie kupić bilet na nowy miesiąc. Zatem w ciągu tych 20 minut, bo tyle czasu było do następnego pociągu, pojechałem do Marienplatz, kupiłem bilet, kupiłem i zjadłem hot-doga. Przeszedłem się na piechotę do stacji Odensplatz, podziwiając te piękne miasto.

W drodze myślałem o tym w jaki sposób dojść do stanu rzeczywistości w którym chciałbym się znajdować. Myślałem o tym co pisałem w swoim pamiętniku w 2000 roku, taki gówniarz wtedy jeszcze byłem w zasadzie, jak to się wszystko zmienia... Póki co z takich głównych celów do których dążyłem ostatnio to było jako takie ustawienie się finansowe. Mam mnóstwo pomysłów na to jak to zrobić, ale połączenie z pracą tego nie jest łatwe. Tak poza tym to mam plan, aby sporą część z mojej rzeczywistości przekroczyć, muszę znaleźć jakąś szybszą drogę do góry. Chciałem zajmować się rzeczami niecodziennymi, których nikt wcześniej nigdy nie robił, a to wymagało tupetu i zaparcia na niecodziennym poziomie. Innym celem była miłość w moim życiu, ale ona z tego co wiem sama przychodzi, to taki gość we własnym domu. Zauważyłem też, że wiele spraw czasami się działo u mnie na autopilocie, czyli kiedy w danym miejscu byłem, to pewne sprawy do mnie nie dochodziły, patrząc natomiast z perspektywy widziałem czasami ogromny postęp w stosunku do tego co wcześniej.

Wstąpiłem na Odensplatz do mojego ulubionego kościoła, pomodliłem się przed figurką Matki Boskiej, cała ciemno-czarna, trzyma na rękach małego Jezusa. Kościół barokowy, bogato zdobiony, prawie cały biały, w środku chłodne rześkie powietrze. Kiedy coś się u mnie w życiu działo to był to taki mój drugi dom, miejsce w którym zbierałem siły, na codzień w trudnych momentach się modliłem. Modlitwa taka nawet pomogła mi mocno kilka razy, ale kościół był jednak w tym wypadku wyjątkowym miejscem. Ten okalający spokój kojący czasami ból, strapienia i zwykłą codzienność był tak niesamowity w kontakcie. Po to też buduje się kościoły strzeliste, piętrzące się w górę, myśli biegną ku górze, unoszą się w łuki, ten okalający spokój zmieszany z rześkim powietrzem, czasami zapachem unoszącym się ze świec, dymu z kadziła, niesamowicie wpadającym i rozświetlającym światłem słonecznym. Przypominały mi się dawne lata, biografia Jana Pawła II, którą niedawno czytałem, wspomnienia z tamtego okresu. Tak, to był taki drugi dom, przystać do której zawsze można było wrócić i wziąć nowe zapasy świeżej energii...

W kościele znajdowałem też ostatnio potrzebny mi spokój, bo energia się we mnie buzowała ostatnio bardzo, w pracy szło mi nieźle, pozytywne wyniki dostarczały adrenaliny. Dodatkowo mój rozwój społeczny, przełamywanie się, poznawanie nowych zasad dostarczały mi jeszcze większe ilości energii. Poznawałem ostatnio mnóstwo ludzi, w instytucie, w mieście, wśród nich zdarzały się bardzo ciekawe osobistości, takie z górnej półki. Doszedłem też do miejsca w którym zaczołęm nie tylko akceptować siebie, ale lubić spędzać ze sobą czas. Patrzyłem na świat oczami osoby, która stara się znaleźć zawsze jakieś dobre wyjście. Stawałem się bardzo męski, tak Panie Heathcliff, męskość ostatnio mnie rozpierała. Wczoraj wieczorem miałem tak dużo w sobie energii, że jedyne co mi pomogło to granie na pianinie, uczyłem się od tygodnia dopiero, a już widziałem mały postęp, palce szybko się przystosowywały do klawiatury, a granie pozwalało zapomnieć, uspokoić się, przelać adrenalinę w muzykę. Moje ego ostatnio było rozdmuchane, aż za bardzo, sam tego przecież chciałem, teraz trzeba je dogonić, to znaczy sprawić, aby te rozdmuchanie nie było sztuczne, ale zgodne z prawdziwą naturą. Stąd też ten uspakajający kościół, ta przystań, czy Jan Paweł II nie działał z wielkim spokojem, ale także z ogromną adrenaliną? On swoją siłę znajdował w modlitwie, godne to naśladowania...

Potem wyszedłem, kupiłem maliny, następnie w podziemiach kupiłem bułki z wiśniami, kirsch rolle, zapas do pracy w pracy i zostało mi jeszcze 2-3 minuty do następnego metra.

Ile można zrobić w ciągu 20 minut, a przecież to nie są wszystkie myśli, które mi się w tej drodze pojawiły?

wtorek, 22 maja 2007

Polska emigracja, Józek i malarstwo

Spotkałem gdzieś w Internecie jedną polkę z Monachium, poleciła mi ona spotkania w gronie lokalnych studentów z Polski. Zatem wybrałem się tam dwa tygodnie temu. Zanim znalazłem budynek przy kościele udało mi się usłyszeć polski dialekt, najpierw się trochę zatrzymałem, taka wrodzona nieśmiałość, która już pomału mija, ale czasami tak ciekawie się prezentuje. Nawet lubię teraz obserwować tą cechę.

Wszedłem do środka, dużo ludzi, to był wieczór z goframi. Nie mogłem jakoś znaleźć pierwszego kontaktu, więc trafiłem do kuchni, dostałem gofra i porozmawiałem tak chwileczkę z kilkoma osobami, typu jestem nowy itp. Potem kupiłem sobie swoje ulubione Weiss beer i przystanąłem przy grupce ludzi, ale jakoś nie mogłem rozpocząć rozmowy. Po jakimś czasie podeszła do mnie dziewczyna, przedstawiła się jako Izabela, a ja wtedy wpadłem na pomysł, że będę stosował pewną mnemotechnikę do zapamiętywania imion. Mianowicie w rysy twarzy każdej osoby będę wrysowywał pierwszą literę ich imienia. Iza jest w Monachium od 5 lat, studiuję pedagogikę, przez nią poznałem Grzegorza, on tutaj jest już dłużej, zajmuje się marketingiem, ale nie tym od strony klienta, jak to powiedział, tzn. nie potrzebuje w pracy chodzić w marynarce. Poznałem potem Jacka i Piotrka z Warszawy, był gdzieś z okolic Żoliborza, taki lekko nos do góry, jak to my warszawiacy. Kręciła się przy nim dziewczyna o imieniu Marta z Krakowa, taka nasza piękność tego wieczoru. Potem poznałem Wawrzyńca i Krzysztofa, który był tak jak ja nowy, taki zabawowy, obieżyświat, przypominam mi kolegę mojej siostry ze studiów Wojtka. Był jeszcze Radek w kurtce takiej od motoru, jego skojarzyłem tak, że przechyliłem R w jedną stronę i wyobraziłem sobie, że jedzie na motorze, nie rozmawiałem natomiast z nim specjalnie. Siadłem przy stole z drugim Weissem pomiędzy dwoma grupami i tak poznałem Dorotę, która skończyła historię sztuki, mieszka tutaj od 8 lat, jest z Krakowa i uwielbia Alpy. Poznałem także jak mi się wydaje najciekawszą osobę tego wieczoru Józka. Był on już starszy, trudno mi zgadnąć wiek koło 40-50 i pracuje w biurze turystyczny, załatwia m.in. ubezpieczenia.

Z nim i Dorotą zaczęliśmy rozmawiać o sztuce, o tym co się znajduje w tutejszych Pinakotekach, szczególnie o ogromnej kolekcji Rubensa. Warto wspomnieć, że środkowe piętro muzeum zostało tak skonstruowane, aby zmieściło się na wysokość największe dzieło Rubensa, scena sądu ostatecznego. Niesamowite, że Józkowi podobały się obrazy Rembrandta z drogi krzyżowej, bo i ja chociaż widziałem jego wiele dzieł wcześniej na południu Francji i w Amsterdamie to na te kilka malunków zwróciłem baczną uwagę i zrobiły one na mnie ogromne wrażenie: gra światła, głębia, kolorystyka, te niebieskie, żółcie, atmosfera. Zresztą muzeum Rembrandta w Amsterdamie jest w ciągłej przebudowie i póki co większość zbiorów jego i innych Niderlandzkich malarzy jest zamknięta, a w jego miejscowości w Leiden niczego nie znalazłem oprócz jego mieszkania. Potem oczywiście musiałem wspomnieć o tym, że Duda Gracz namalował podobną drogę krzyżową na Jasnej Górze w Częstochowie, polecam. Temat zszedł na malarzy hiszpańskich, a główny punkt programu to El Grecko, którego uwielbia Dorota. My z Józkiem zgodziliśmy się, że niesamowicie ciekawie prezentują się obrazy biednych dzieci przedstawionych w wyidealizowanych scenach Bartlom Estebana Murillo, to była taka muzealna perełka tak jak wiele innych dzieł tutaj się znajdujących. Na końcu porozmawialiśmy jeszcze o ekscentrycznej wizji piekła Boscha, a Józek stwierdził, że jeżeli chcemy zobaczyć kilka wybitnych dzieł Tycjana to koniecznie musimy się udać do Petersburga. Z miłą chęcią się kiedyś tam wybiorę : ) Józek opowiadał też o tym jak to wódkę nocą wyciągali od chińczyków w Paryżu nawet o 4 rano i takie tam różne inne ciekawsze historie.

Ja koniecznie natomiast powinienem uzupełnić swoją wiedzę z dziedziny sztuki. Dziwne jest bardzo, że tego nie uczą w szkole, tak nie powinno być! Człowiek współczesny, humanista powinien zasmakować w obcowaniu ze sztuką, jest ona najgłębszym odzwierciedleniem naszej kultury, człowieczeństwa.

Zwykle potrafiłem zapamiętać imiona dwóch, trzech osób na takim przyjęciu, co innego, że do większej ilości osób nie podchodziłem, a tu nagle stosując zabawnie prostą mnemotechnikę udało mi się ogarnąć tych imion o wiele więcej, przy czym pamiętam nawet jak rysy twarzy każdej osoby, a było to już ponad półtora tygodnia temu.

poniedziałek, 21 maja 2007

Pierwsza przygoda ze wspinaniem

Weekend był niesamowity, zaledwie w piątek dowiedziałem się, że mogę wybrać się ze swoim kolegą na pierwsze wspinanie w życiu, a już w niedziele rano byłem w pociągu w drodze do Garmisch-Partenkirchen. Do tej pory wspinanie znałem tylko z filmów i od jednej pary, która zresztą połączona m.in. tą pasją wzięła ślub. Wybraliśmy się o 9.30, godzina rozsądna, udało mi się chociaż trochę wyspać. Przez cały dzień rozmawialiśmy, Patryk Mach, bo tak się nazywa kolega z którym byłem ma niesamowite wykształcenie, pochodzi z rodziny w którym ludzie zajmują się nauką z pokolenia na pokolenie, opowiadał m.in. o przedwojennym Lwowie. Przeżyłem fascynujące rozmowy, o ogólnej teorii względności i o tym, że może być nie do końca prawdziwa, o mechanice kwantowej, o Krakowie, o wspinaniu się, o górach, o polskiej starszej kuchni, o świecie muzyki, śpiewaków operowych, koncertach, matematycznej Lwowskiej szkole przedwojennej, rozpoznawaniu hieroglifów, pisma klinowego, o polskich dziewczynach, nieprawdopodobności misji na księżyc, układach na Uniwersytecie Jagiellońskim i wiele innych, tak przez cały dzień.

Byliśmy w trzy osoby, Patryk, jego koleżanka z Krakowa Asia i ja, no i był jeszcze wiernie towarzyszący nam Asi pies, kundel pospolity, przybłęda, który zwiedził pół Europy i z tego co wiem, był nawet na Mount Blanck. Patryk miał książkę z trasami wspinaczkowymi i wybraliśmy się w jedno z takich miejsc. Niecała godzina marszem od centrum miasta. Bardzo ładna droga i widoki, górskie orzeźwiające powietrze. Doszliśmy do naszej ściany, wyglądała na trudną. W trakcie dowiedziałem się, że poziom trudności mierzy się w pewnej skali, biegnie ona od numer 4 do 5, a potem jest 6-,6,6+,6.1 do 6.8 co pół stopnia. Wyceny poziomu trudności podobno te w Polsce i te tutaj się nie do końca zgadzają. Nasza skała to była taka 5 w prostszym miejscu i 6- w trudniejszym. Poszliśmy na górę, zrzuciliśmy linę asekuracyjną, na tzw. wędkę. Patryk nam pokazał parę wiązań, jak przymocować linę do dwóch punktów asekuracyjnych itp. Najpierw ścianę sprawdził on, poszedł trudniejszą drogą. Asia natomiast go asekurowała. Potem wejść miała Asia tą prostszą ścieżką, ale jej się udało dojść do połowy, powiedziała, że jest za trudno.

Następny byłem ja, założyłem pas do asekuracji, dowiedziałem się jak prowadzi się linę i dostałem buty, nie wiedziałem, że są one tak ciasne, a palce na końcu są zgięte do dołu, to jakby chodził w butach o dwa rozmiary co najmniej za małe. Posmarowałem ręce magnezją i w górę. Najpierw parę kroków był trochę łatwiejszych, Zupełnie nowe odczucie, im wyżej tym trudniej, czasami przystawałem na kilka minut i szukałem odpowiedniego chwytu. Było ciężko, ale nie mogłem się poddać, to nie w moim stylu, w końcu mi się udało dostać na górę. Stamtąd musiałem zjechać na dół, powiedzieli, aby się odczepił od skały, oczywiście, że nie chciałem, w końcu po wielu namówieniach zjechałem pomału do dołu, moje pierwsze wspinaczkowe podejście w życiu.

Następny był Patryk, wybrał sobie o wiele trudniejszą drogą, taką koło 6-,6, wiele razy podchodził do niego, na początku było bardzo trudno, ale wyżej szlak jakby lepiej przygotowany pozwolił mu wejść na szczyt. Asia próbowała drugi raz, ale nieskutecznie, nie miała już wystarczająco siły.

Ja się zabrałem za drugie podejście w innym miejscu, niestety od dziwo moje mięśnie nie radziły sobie, nie miałem siły, aby wypchnąć się do góry, mimo kilku prób udało mi się wyjść tylko na pół metra. Poszedłem do tego samego miejsca co na początku, bo było prostsze, tym razem było o wiele trudniej, mojej mięśnie było mocno już nadwyrężone. Małymi krokami udało mi się wejść na trzy metry, a potem nie miałem już siły, odpadłem od ściany, ale się zawziąłem, wziąłem znowu przyczepiłem się do skały i pokonywałem ją po 10 cm, bardzo zmęczony, każdy taki odstęp to był prawie maksymalny wysiłek na jaki było mnie stać, w końcu stanąłem w jednym miejscu i dalej nie szło, zupełnie, poziom siły zmalał do minimum, ciało, a szczególnie nogi zaczęły drżeć ze zmęczenia. Chciałem się wycofać, ale powiedziałem sobie nie, wejdziesz, siły nie masz, ale twoja psychika jest silniejsza, jeżeli czegoś się nie da zrobić na 100% to trzeba zebrać chociaż na chwilę ponad te 100% i tyle. Tak też czując się jak pająk chodzący po ścianie, przesuwałem się centymetr po centymetrze, wiele razy zatrzymując się. Raz na jakiś czas udawało mi się znaleźć w ścianie kilka dobrych chwytów na ręce. To takie niesamowite uczucie, próbujesz, jest maksymalnie trudno, a nagle masz się za co chwycić to dodaje wewnętrznej energii. W końcu wszedłem po raz drugi i ze szczęścia krzyczałem przez kilka sekund. Zmęczony zjechałem na dół. Pot kapał mi z głowy, bolały mnie ręce, nogi od za ciasnych butów, ale byłem szczęśliwy.

Patryk założył dłuższą linę na skale obok i wszedł po raz kolejny na wyższy punkt, potem próbował jeszcze raz w tym trudnym miejscu co na początku, ale mu się nie udało, bo był już za bardzo zmęczony. Zebraliśmy sprzęt, ja jeszcze w tym samym miejscu podszedłem na metr do góry, zaczęło mi się to podobać i inną drogą z powrotem do centrum, tam siedliśmy przy piwie, zjedliśmy, porozmawialiśmy o kuchni, Patryk pewnie bardzo dobrze gotuje, ciekawe co na to jego dziewczyna, muszę kiedyś o nią podpytać. Do pociągu i do domu.

Dotarłem do siebie trochę po dziesiątej wieczorem, młoda godzina jak na mnie, myślałem, że jeszcze coś porobię, zamiast tego w niedługim czasie padłem jak kłoda na łóżko i momentalnie zasnąłem. Dzisiaj czuje wszystkie mięśnie w rękach i nogach. Szukam jakiś dobrych miejsc do chwytania się, to jest zaraźliwe. To jest wyzwanie!



Tutaj można znaleźć parę zdjęć z tego dnia:


Wspinanie się koło Garmisch-Partenkirchen - 20.05.2007
















sobota, 19 maja 2007

Następny proszę

Dzisiaj wybrałem się do sklepów, kupić sobie trochę ubrania. Spodnie do chodzenia po górach. No i natknąłem się na blado-różowe koszule, zakochałem się w różu, musiałem go mieć. Jakiś czas później kupiłem sobie jedną ekstra koszulę w H&M, a także drugą niebieską. Szukałem jakiejś ciekawej marynarki, bo moją najlepszą niestety ktoś ukradł na dyskotece, a mówili, że to się tu nie zdarza. Zgodnie z pewnymi uwagami, przy kupowaniu spodni teraz baczną uwagę zwracałem na to jak wygląda w nich moja pupa. Zauważyliście, że niektórzy ludzie mają bardzo zgrabne pośladki, a zakładają takie spodnie, że ich pupa wygląda jak siódme nieszczęście. Dotyczy to tak samo kobiet, jak i mężczyzn. Szukałem zatem właśnie nowej poleconej lnianej marynarki Pierre Cardin i dobranych do nich spodni. Niestety trzy sklepy obszedłem i nie było, tzn. w jednym były tylko spodnie, będę musiał uważniej poszukać, bo nie miałem już czasu.


Swoją drogą to zauważyłem, że od jakiegoś czasu podchodzę inaczej do problemów. Kiedyś stawałem przed nimi i rozkładałem ręce, czasami myśląc o nich, ale nic nie robiąc. Teraz kiedy pojawiał się problem, myślałem w kategoriach, o jest jakieś wyzwanie, jak je rozwiązać, znalazłem kilka sposobów, a potem wybierałem najlepsze. Jeżeli coś szło opornie, to problem trzeba było rozbić na kilka kroków. W ten sposób, coś co kiedyś dla mnie było piętrzącą się górą nie do przejścia w tej chwili przeskakiwałem. Miałem przy tym poczucie takiej szybkości, tzn. rozwiązują te sprawy widziałem nowe i nowe, wpadłem w taki kręciołek, ok. co następne do zrobienia.

Wynikało to też pewnie z pracy. Mój styl w niej zmienił się od pół roku diametralnie. Wcześniej stawałem przed problemem i czasami godzinami, a nawet dniami zastanawiałem się jak go rozwiązać. Jeżeli przychodziło mi do zrobienia coś mozolnego, to nie mogłem się do tego zebrać. Teraz czasami mam tak, że w ciągu kilku godzin robię robotę, która do niedawna potrafiła mi zająć tydzień, a czasami miesiąc wymówek. Tempo to było tak szybkie, że po tych kilku godzinach się zastanawiałem jak ja to w ogóle robię. Co śmieszniejsze, dzięki temu mogłem więcej odpoczywać, bo zamiast coś robić tak długo to myk.

Mogę podać kilka przykładów z ostatniego roku. W Paryżu przez dwa lata zbierałem się na to, aby mieć komórkę. Zawsze była wymówka, chciałem chodzić na siłownię, zacząłem po prawie dwóch latach dzięki kolegom. Miałem w pracy raz tak, że musiałem przerzucić ogromną ilość danych, trzeba było to jakoś zorganizować automatycznie, robiłem to prawie manualnie co pochłaniało mi mnóstwo czasu. Od końca zeszłego roku zaczęło się to zmieniać. Powiedziałem sobie, Michał działaj, szkoda czasu na duperele, które Cię hamują. Siadłem jednego dnia i uporządkowałem dane, w dwa dni zrobiłem robotę za cały miesiąc, bo teraz jeżeli gdzieś był błąd to wystarczyło poprawić w jednym miejscu i przepuścić wszystko przez automat. To druga bardzo ważna zmiana, zacząłem sobie rzeczy organizować, wcześniej był taki pierdzielnik, że ja się nie dziwię, że można się w tym było zgubić. Po pierwsze ustawianie wszystkiego według hierarchii od rzeczy ważnych do mniej istotnych, a po drugie próba porządkowania na bieżąco. Nie idzie mi to jeszcze tak jak powinno, ale zaczęło być inaczej. Raz miałem tak, że chciałem pojechać do kolegi na południe Francji, do końca się wahałem, w końcu jednego dnia powiedziałem sobie, Michał jedziesz. Spakowałem się, nie spałem w nocy. Znalazłem pociąg z samego rana, dzwonię do niego o 6 rano, bo muszę wychodzić na pociąg, w bilet wpisane dane, tylko nacisnąć na komputerze Enter, A on, że coś, że śpi jeszcze, że coś tam się pozmieniało i żebym zadzwonił później. No trudno mówię, przespałem się, zadzwoniłem do niego kolo drugiej, powiedział, że nie zdecydowałem się wcześniej, a jadą samochodem i dobrali sobie zamiast mnie dziewczynę, bo potrzebowali kompletu. Ja zresztą też nie byłem przekonany do wyjazdu dopóki nie dowiedziałem się, że będzie Hubert. Druga, nie jadę, trudno się mówi. Godzina druga trzydzieści, mój przyjaciel z biura JC mówi, że z Suleimanem jadą na rozmowy do Leiden w Holandii. Znowu światło stop w głowie, może spytać się ich, JC coś tam mówi, że rozmowy raczej będą prywatne, że wszystko szykowali od kilku dni, nic nie mówię. W pewnym momencie zdenerwowałem się na siebie i mówię Michał - Stop, zapytaj się ich, to twoi dobrze przyjaciele przecież, może możesz z nim jechać. Jest godzina druga pięćdziesiąt. Pytam się bardzo nieśmiało JC, a on na to, ale wiesz, my za piętnaście minut jedziemy, ja mówię, w sumie to jestem już spakowany. On na to, OK. zadzwonię do Niruja, jeżeli będzie miejsce do spania to cię zabierzmy, Niruj powiedział, że nie ma problemu. Cyk, godzina trzecia, jadę do domu, biorę plecak, zbieram przewodniki po Holandii i przed czwartą jestem w samochodzie na trasie wylotowej z Paryża z moimi dwoma najlepszymi tutejszymi przyjaciółmi zmierzając w stronę Holandii, a jeszcze dwie godzin temu myślałem, że jadę na południe Francji :) Od razu przy tym sobie wymyśliłem, że może odwiedzę moich znajomych z Brukseli, dzwonię do nich. Niestety czasu było tak mało, że nieudało mi się do nich wpaść w drodze powrotnej. Tak się właśnie stosuje zasadę problem-kilka rozwiązań-szybka decyzja-wybór rozwiązania, następny zestaw proszę.

Problem,: założenie strony internetowej, pomysł około 1999 rok, 2007, tydzień mi zajęło znalezieni jakiegoś edytora, zrobiłem, następny. Monachium, wszystko na ostatnią chwilę, ale udał się załatwić cały wyjazd w ciągu tygodnia, a do tego jeszcze podróż do Polski, następny. Komórka, kupiłem w Paryżu, kupiłem kartę, chociaż to na dwa tygodnie przed wyjazdem do Monachium, wszedłem do sklepu, ciężko było się zdecydować, wybrałem coś najprostszego, nie jest to ideał, ale komórka jest odblokowana na kilku operatorów, jak będzie czas to się wymieni na coś innego. Wybór komórki dla mnie to przecież lata decydowania! Kupiłem kartę, wymyśliłem patent, że skoro Suleiman nie ma to, to mu pożyczę tą kartę, więc będzie korzyść dla obu stron, a ja będę miał komórkę do Monachium. Następny proszę. Własny blog, rok myślenia, jeden dzień założony na Onecie, nie podoba mi się, przechodzę na inną stronę, zakładam, następny proszę. Fakt, że jest w tym też sprawka dodatkowa Monachium - to jest te miejsce w którym wszystko prawie jest na swoim miejscu, chociaż teraz już nie jestem pewien, może to ja się zmieniłem i potrafię się tak szybko dostosowywać, że wiele problemów stało się ciekawymi zagadkami do rozwiązania, następny proszę. Mój przyjaciel jest teraz w Indiach, powiem szczerze, gdybym się nie liczył, aż tak z pieniędzmi i miał trochę więcej czasu to był do niego na weekend wpadł, co tam trzeba być otwartym. Następny proszę.

Spodobał mi się ostatnio jeden model zegarka naręcznego automatycznego tzn. mechanizm mechaniczny, samonakręcający. TAG-Heure, czarna Carrera, chronometr, reklamowany przez Brata Pita, piękny i bardzo elegancji, a zarazem jednak skromny, 2350 EUR w normalnym sklepie, nie jest źle, ale na razie mnie prawie nie stać, za dużo wyrzeczeń, może gdyby niejeść? ;). Podobają mi się też Longines Master Collection z fazami księżyca, dla astrofizyka to chyba coś odpowiedniego. Najbardziej zaawansowany model, fajny ma werk w środku, tzn. mechanizm. Longines z tym werkiem jest jednym z tańszych, są oczywiście też Omegi np., ale to już inna cena, Longines to też coś koło 2000 EUR. Ostatnio jednak jak się przyjrzałem temu TAG-Heure’owi to sobie myślę, kurcze, może rzeczywiście czasami warto wybrać coś prostszego, mam mały dylemat. Trzeba byłoby przymierzyć obydwa, kiedy się na nie uzbiera, albo kupić za te same pieniądze samochód, teraz chyba bardziej by się przydał. Następny proszę.

Myszki na stacji Odeonplazt

Kiedy wieczorem wracam do domu zawsze przesiadam się na stacji Odeonplatz z lini 6 metra, na 5, a potem dalej zmieniam ją na 4. Zwykle też muszę na tej stacji poczekać trochę na kolejny pociąg. W Monachium są one w miarę możliwości punktualne, jeżeli wracam przez 24 to muszę czekać około 8 minut, a jeżeli po to pociąg ucieka mi zwykle o kilka sekund. Chyba, że jadę wcześniej do centrum miasta, bo wtedy można sobie lepiej dobrać te pociągi, ale wracając do stacji Odeonplatz. Gdy się zejdzie pod ziemię do linii 5 to właściwie prawie zawsze grasują tam myszki. Są one tak oswojone, że często nawet podchodzą stosunkowo blisko ludzi. Gryzonie, czy wiecie, że kiedy wyginęły dinozaury, z nie do końca jasnych powodów to właśnie gryzonie przetrwały, były małe i o wiele bardziej inteligentne, właściwie od nich wywodzi się według teorii ewolucji lina biegnąca do innych ssaków. Obserwując te myszki na stacji, można dojść do wniosku, że są to mądre zwierzęta. Ja bardzo często na kolację jem jedną małą paczkę chipsów peppies-bacon. Zresztą jest jeszcze jedna śmieszna uwaga dla wtajemniczonych, chipsy te znajdują się w automacie pod numerem 42 i jak dalej wyjaśnię ma to jeszcze związek z myszkami, czyżbym odkrył pewną tajemnicę? Zatem zawsze zostawiam kilka chipsów dla tych myszek, a one przychodzą bardzo szybko, czasami nawet kilka się o nie kłóci. Śmieszne :)

Raz przechodziłem po deszczu swoim parkiem, na chodnik, który jest przy okazji ścieżką rowerową wyszły dżdżownice. Na początku wziąłem jedną patykiem i przeniosłem na trawę, po chwili okazało się, że jest ich multum, a mi się jakoś tak smutno zrobiło, że nikt im nie pomoże, przecież to nie ich wina, że w środku parku biegnie droga rowerowa. Zatem poprzenosiłem na trawę ich tyle ile mogłem. Trzeba cenić życie innych istot i pomagać im, szczególnie, kiedy one same o pewnych sprawach nie wiedzą. Raz natknąłem się na parę dwóch dżdżownic, jak wiadomo są one hermafrodytami, to znaczy obojnakami, kiedy przenosiłem je starałem przenieść obie naraz. Czy dżdżownice coś czują, zakochują się, mają swoje drugie połówki? Wtedy w to prawie uwierzyłem, teraz w to wątpię. W którymś z ostatnich Światów Nauki było napisane, że najprostsze emocje dopiero odczuwają ryby, a nawet one mają rozwinięte je na bardzo niskim poziomie.

Tak przeglądając wikipedię na ten temat właśnie sobie uświadomiłem, że u wszystkich ssaków wyższych, łożyskowców, przyszłe osobniki rozwijają się u matki w brzuchu. Prawie wszystkie matki były zatem połączone w szczególny sposób ze swoimi małymi, opiekują się nimi, po urodzeniu, a nowonarodzone istoty są przywiązane do swoich matek. Tak od 200 milionów lat. Czasami zastanawiam się, czy nie chciałbym być z tego powodu kobietą, mężczyznom taki stopień więzi jak między matką, a dzieckiem nigdy nie jest dany. Myślę o tym czasami ostatnio, bo moja siostra Kasia jest w ciąży i widziałem kilka razy jak rozmawia ze swoim dzieckiem. Raz byłem w kuchni, przekomiczna sytuacja, pierwszy raz to wtedy widziałem, moja siostra stoi i mówi: „O a teraz widzisz wrzucamy jajka na patelnie, o dokładnie tak…”, ja do niej podchodzę i pytam się z kim rozmawiasz, a ona lekko zmieszana odpowiada, jak to, ze swoim dzieckiem. Czasami odczuwam instynkt macierzyński, czy to możliwe? Nam mężczyznom nie jest to dane, chociaż z drugiej strony my też w tym procesie bierzemy udział, mamy z dzieckiem wspólne więzy krwi, podział kodu genetycznego przechodzi prawie pół na pół, oprócz mitochondriów, które dziedziczy się po matce, co oczywiście skwapliwie w swoich analizach wykorzystała nauka.

Raz kiedy karmiłem te myszki, przyszedł jeden chłopak, wziął parę chipsów odemnie i karmiliśmy je razem :) Zapomniałem dodać, że zwykle zostawiam trzy chipsy tuż przed wejściem do pociągu, nie chcę, aby się na mnie ludzie dziwnie patrzyli, bardzo często zanim pociąg odjedzie chipsów już nie ma…

czwartek, 17 maja 2007

Wyprawa w góry - Mój przyjaciel Samir

Wybrałem się z kolegą Samirem z pracy w Alpy, dokładnie to do Garmisch-Partenkirchen. Wyjechaliśmy rano o 7:30, aby zdążyć na stacje musiałem wstać koło 6:30. Lekko zmęczeni obserwowaliśmy razem widoki za oknem. Były coraz ładniejsze, wyjechaliśmy z miasta, teren lekko pagórkowaty, potem minęliśmy ładne jezioro. Zaczęliśmy rozmawiać o tym jak trafiliśmy na swoje działki. Starałem się przy tym zwracać uwagę na to, aby Samir mówił więcej, tako nowa forma walki z za dużo mówieniem, wsłuchiwałem się też w tą całą dyskusję z całym swoim zaangażowaniem. Samir pochodzi z Indii z Kalkuty, trafił do mojego biura. Najpierw tylko trochę ze sobą rozmawialiśmy, potem zaczęliśmy chodzić na obiady razem i jakoś tak nasza znajomość się rozkręciła. Jego koledzy mieli jechać w góry, więc ja się chciałem do nich dołączyć. Oni nie pojechali, więc wybraliśmy się my we dwoje. Przygotowałem wcześniej cały komplet map i przewodników. Oczywiście chciałem się udać na najwyższą okoliczną górę, na Zugspitze. W pociągu Samir opowiedział mi jak się to stało, że zajmuje się teraz astrofizyką, wcześniej skończył fizykę, coś z mechaniką kwantową, jego tata uczył matematyki na uniwersytecie. Tak samo jak mnie, do nauki pchnęła go ciekawość świata. O fizyce myślał już od bardzo młodych lat, to jak ja o komputerach. Jego mama miała taki standardowy zawód jak na tamte warunki, czyli była „house wife”. Samir w detalach opowiedział mi o tym jak dostał się na doktora z astrofizyki, jak zaczęło go to pociągać. Zacząłem odkrywać to jak jest podobny do mnie. Miał dziewczynę w Indiach, ale taką z miłości, a nie jak to tam zwykle bywa z odgórnych rodzinnych przykazów. Samir miał także talent do rozśmieszania mnie, szczególnie kiedy się gorzej czułem, zawsze potrafił obrócić sprawy kota-ogonem, tak że wywoływało to uśmiech na mojej twarzy. Czym dalej podróżowaliśmy pociągiem tym góry stawały się wkoło wyższe.

W końcu dojechaliśmy do Garmisch-Partenkirchen. Widok niesamowity, piękne ośnieżone szczyty. Poszliśmy do biura turystycznego i dowiedzieliśmy się, że wejście na Zugspitze jest zamknięte bo jeszcze śnieg leży. Postanowiliśmy wybrać się nad lokalne jezioro Elbsy do którego dojeżdżało się koleją. Widok przepiękny, nie byłem jeszcze nad Morskim Okiem, ale pewnie tam jest podobnie. W pociągu jechało z nami sporo narciarzy. Ja chciałem jechać oczywiście do Zugspitze, ale Samir narzekał, że za drogo. Dotarliśmy na miejsce i zaczęliśmy nasz spacer, jezioro ładne, ale ja jakoś na początku się nie zachwyciłem, woda czysta. Zaczęliśmy wędrówkę od lewej strony, las, jeziora, a my rozmawialiśmy. O Indiach, o tym jakie są tam zwyczaje, o rodzinie Samira, o jego dziewczynie, o podziale kastowym, o nauce i o tym co warto w życiu robić. Samir pochodził z nowoczesnej rodziny, czyli żył bardzo podobnie jak my w europie, zresztą był tu już kilka razy wcześniej. Zeszliśmy na chwilę ze ścieżki i weszliśmy w las, aby pochwali na nią znowu wrócić. Szliśmy dość powoli, w około połowę drogi chcieliśmy przyspieszyć, aby wrócić na pociąg, jednak okazało się, że czasu jest bardzo mało, więc wybraliśmy następny. Czym dalej się szło tym widoki było coraz ciekawsze, z drugiej strony zaczęliśmy widzieć ośnieżone szczyty, las, a na dole woda, która z tej strony była taka błękitna. Oglądaliśmy to wszystko z zapartym tchem. Szukaliśmy też strumieni, śmiesznie to wyglądało, strumienie spływały z góry, a potem wsiąkały gdzieś w ziemię i przepadały. Na końcu musieliśmy zacząć biec na pociąg i to ten następny, który był godzinę później. Samir stawał się mi bliższy. Wróciliśmy do miasta, potem wybraliśmy się w stronę góry Wank, na którą mieliśmy wjechać kolejką. Po drodze przeszliśmy koło centrum miasta i zatrzymaliśmy się w pizzerii na pizzę, wystrój lokalu bardzo ładny, a tak dobrej pizzy dawno nie jadłem. Kiedy doszliśmy do kolejki, okazało się, że jest linowa, a Samir powiedział mi, że ma lęk wysokości i za chiny nie wiedzie. Próbowałem go namówić, bezskutecznie, opowiedział mi, że raz jechał już taką kolejką i w połowie drogi dostał takiej paniki, że ledwo na górę się dostał. Okazało się, że dlatego też nie chciał on wcześniej wjechać na Zugspitze, bo tam też była kolejka linowa. No cóż, godzina była już 4, umówiliśmy się, że ja wjadę i zejdę na piechotę, a on w tym czasie będzie szedł od dołu. Byłem na to dobrze przygotowany, miałem zapasową mapę, dałem mu też drugą komórkę w razie czego i umówiliśmy się jak będziemy szli. Wjechałem na górę, widok z kolejki był cudowny, aczkolwiek mocne słońce lekko oślepiało. Na górze dostałem się do głównego szczytu, zadzwoniłem do swojej siostry Kasi, no i w drogę na dół. Miałem ze sobą plecak, drugie buty na zmianę, dwa swetry, a sam szedłem w adidasach. Bagaż był lekko ciężki, coś poniżej 10 kg, a tego dnia było tak ciepło, że nic z tych rzeczy się nie przydało. Zacząłem można powiedzieć zbiegać w dół, nie po szlaku, ale z górki, tak żeby go widzieć. Tak było szybciej, wszędzie dookoła góry. Przy tym zbieganiu pomyliłem szlak, zresztą był on tak średnio oznakowany i trafiłem na cięższą ścieżkę. Czasami biegłem, czasami szedłem, w sumie na znakach było napisane 2 godziny na dół, a ja zrobiłem półtora większy dystans w 1,5 godziny. W końcu spotkałem Samira na dole, znaleźliśmy ścisłe piękne, górskie centrum miasta i szybko do pociągu.

Wróciliśmy wieczorem, ja do domu, potem wyszykowałem się, poszedłem na dyskotekę, posiedziałem tam do około 6, w sumie tego dnia chyba nikogo tam nie poznałem, muzyka była jak zawsze przednia, jeżeli ktoś lubi takie klimaty. Zresztą Kult Fabrik, bo tak nazywa się to miejsce, to 40 różnych barów i dyskotek w starej fabryce, jedno z większych tego typu miejsc w Europie. Ja zawsze chodzę do Q-club, to jest największa tam znajdująca się dyskoteka. Wytańczyłem się tak, że przez następne dwa dni miałem zakwasy mięśni brzucha, a po imprezie jeszcze wyszedłem i przebiegłem z dobry kilometr, a to było już 24 godzin na nogach, a mnie energia ciągle rozpierała. Trafiłem do domu i położyłem się spać. Od tego dnia Samir stał mi się bliższy, został moim przyjacielem.

Często z Samirem wieczorami robiliśmy sobie spacery po okolicy, aby odpocząć od pracy. Rozmawialiśmy głównie o tym, co robić w życiu, o dziewczynach, o pracy, o zwyczajach u niego w domu panujących. Dowiedziałem się, że jest z pod znaku Raka, ale takiego końcowego, przechodzącego niedługo w Lwa. Jakoś przyciągało mnie do takich ludzi, bo to już druga taka osoba. Zachowywał się przez to czasami lekko kobieco, tak ciepło i serdecznie. Zresztą jakoś tak od początku pogłębiania się naszej znajomości wydawało mi się, że to może być jego znak. W sumie go zgadłem. Dokładnie podobny znak i podobnie się zachowywał mój drugi kolega z którym pracowałem, a potem spędziłem tydzień w Holandii w Leiden i Amsterdamie. Teraz chyba był w Jerozolimie, zmienił działkę i zajmuje się komputerami kwantowymi.

Z czasem bardzo zżyłem się z Samirem, czasami wieczorami wracaliśmy tym samym pociągiem. On pracował często w weekendy, tak jak ja. W środę rano miał samolot do Kalkuty. We wtorek kiedy wieczorem wychodził, powiedziałem mu cześć, on się uśmiechnął, a ja do niego, no coś Ty, odprowadzę Cię na pociąg. Odprowadziłem, tak z lekkim sentymentem. Wsiadł do pociągu, uśmiechnął się, i przyłożył palec do szyby. Pomachaliśmy sobie, a on odjechał. Nagle do głowy przyszły mi słowa, mój przyjaciel Samir, a łzy mi spłynęły strużką po policzkach. Dobrze jest spotkać na naszej drodze takich ludzi!