poniedziałek, 21 maja 2007

Pierwsza przygoda ze wspinaniem

Weekend był niesamowity, zaledwie w piątek dowiedziałem się, że mogę wybrać się ze swoim kolegą na pierwsze wspinanie w życiu, a już w niedziele rano byłem w pociągu w drodze do Garmisch-Partenkirchen. Do tej pory wspinanie znałem tylko z filmów i od jednej pary, która zresztą połączona m.in. tą pasją wzięła ślub. Wybraliśmy się o 9.30, godzina rozsądna, udało mi się chociaż trochę wyspać. Przez cały dzień rozmawialiśmy, Patryk Mach, bo tak się nazywa kolega z którym byłem ma niesamowite wykształcenie, pochodzi z rodziny w którym ludzie zajmują się nauką z pokolenia na pokolenie, opowiadał m.in. o przedwojennym Lwowie. Przeżyłem fascynujące rozmowy, o ogólnej teorii względności i o tym, że może być nie do końca prawdziwa, o mechanice kwantowej, o Krakowie, o wspinaniu się, o górach, o polskiej starszej kuchni, o świecie muzyki, śpiewaków operowych, koncertach, matematycznej Lwowskiej szkole przedwojennej, rozpoznawaniu hieroglifów, pisma klinowego, o polskich dziewczynach, nieprawdopodobności misji na księżyc, układach na Uniwersytecie Jagiellońskim i wiele innych, tak przez cały dzień.

Byliśmy w trzy osoby, Patryk, jego koleżanka z Krakowa Asia i ja, no i był jeszcze wiernie towarzyszący nam Asi pies, kundel pospolity, przybłęda, który zwiedził pół Europy i z tego co wiem, był nawet na Mount Blanck. Patryk miał książkę z trasami wspinaczkowymi i wybraliśmy się w jedno z takich miejsc. Niecała godzina marszem od centrum miasta. Bardzo ładna droga i widoki, górskie orzeźwiające powietrze. Doszliśmy do naszej ściany, wyglądała na trudną. W trakcie dowiedziałem się, że poziom trudności mierzy się w pewnej skali, biegnie ona od numer 4 do 5, a potem jest 6-,6,6+,6.1 do 6.8 co pół stopnia. Wyceny poziomu trudności podobno te w Polsce i te tutaj się nie do końca zgadzają. Nasza skała to była taka 5 w prostszym miejscu i 6- w trudniejszym. Poszliśmy na górę, zrzuciliśmy linę asekuracyjną, na tzw. wędkę. Patryk nam pokazał parę wiązań, jak przymocować linę do dwóch punktów asekuracyjnych itp. Najpierw ścianę sprawdził on, poszedł trudniejszą drogą. Asia natomiast go asekurowała. Potem wejść miała Asia tą prostszą ścieżką, ale jej się udało dojść do połowy, powiedziała, że jest za trudno.

Następny byłem ja, założyłem pas do asekuracji, dowiedziałem się jak prowadzi się linę i dostałem buty, nie wiedziałem, że są one tak ciasne, a palce na końcu są zgięte do dołu, to jakby chodził w butach o dwa rozmiary co najmniej za małe. Posmarowałem ręce magnezją i w górę. Najpierw parę kroków był trochę łatwiejszych, Zupełnie nowe odczucie, im wyżej tym trudniej, czasami przystawałem na kilka minut i szukałem odpowiedniego chwytu. Było ciężko, ale nie mogłem się poddać, to nie w moim stylu, w końcu mi się udało dostać na górę. Stamtąd musiałem zjechać na dół, powiedzieli, aby się odczepił od skały, oczywiście, że nie chciałem, w końcu po wielu namówieniach zjechałem pomału do dołu, moje pierwsze wspinaczkowe podejście w życiu.

Następny był Patryk, wybrał sobie o wiele trudniejszą drogą, taką koło 6-,6, wiele razy podchodził do niego, na początku było bardzo trudno, ale wyżej szlak jakby lepiej przygotowany pozwolił mu wejść na szczyt. Asia próbowała drugi raz, ale nieskutecznie, nie miała już wystarczająco siły.

Ja się zabrałem za drugie podejście w innym miejscu, niestety od dziwo moje mięśnie nie radziły sobie, nie miałem siły, aby wypchnąć się do góry, mimo kilku prób udało mi się wyjść tylko na pół metra. Poszedłem do tego samego miejsca co na początku, bo było prostsze, tym razem było o wiele trudniej, mojej mięśnie było mocno już nadwyrężone. Małymi krokami udało mi się wejść na trzy metry, a potem nie miałem już siły, odpadłem od ściany, ale się zawziąłem, wziąłem znowu przyczepiłem się do skały i pokonywałem ją po 10 cm, bardzo zmęczony, każdy taki odstęp to był prawie maksymalny wysiłek na jaki było mnie stać, w końcu stanąłem w jednym miejscu i dalej nie szło, zupełnie, poziom siły zmalał do minimum, ciało, a szczególnie nogi zaczęły drżeć ze zmęczenia. Chciałem się wycofać, ale powiedziałem sobie nie, wejdziesz, siły nie masz, ale twoja psychika jest silniejsza, jeżeli czegoś się nie da zrobić na 100% to trzeba zebrać chociaż na chwilę ponad te 100% i tyle. Tak też czując się jak pająk chodzący po ścianie, przesuwałem się centymetr po centymetrze, wiele razy zatrzymując się. Raz na jakiś czas udawało mi się znaleźć w ścianie kilka dobrych chwytów na ręce. To takie niesamowite uczucie, próbujesz, jest maksymalnie trudno, a nagle masz się za co chwycić to dodaje wewnętrznej energii. W końcu wszedłem po raz drugi i ze szczęścia krzyczałem przez kilka sekund. Zmęczony zjechałem na dół. Pot kapał mi z głowy, bolały mnie ręce, nogi od za ciasnych butów, ale byłem szczęśliwy.

Patryk założył dłuższą linę na skale obok i wszedł po raz kolejny na wyższy punkt, potem próbował jeszcze raz w tym trudnym miejscu co na początku, ale mu się nie udało, bo był już za bardzo zmęczony. Zebraliśmy sprzęt, ja jeszcze w tym samym miejscu podszedłem na metr do góry, zaczęło mi się to podobać i inną drogą z powrotem do centrum, tam siedliśmy przy piwie, zjedliśmy, porozmawialiśmy o kuchni, Patryk pewnie bardzo dobrze gotuje, ciekawe co na to jego dziewczyna, muszę kiedyś o nią podpytać. Do pociągu i do domu.

Dotarłem do siebie trochę po dziesiątej wieczorem, młoda godzina jak na mnie, myślałem, że jeszcze coś porobię, zamiast tego w niedługim czasie padłem jak kłoda na łóżko i momentalnie zasnąłem. Dzisiaj czuje wszystkie mięśnie w rękach i nogach. Szukam jakiś dobrych miejsc do chwytania się, to jest zaraźliwe. To jest wyzwanie!



Tutaj można znaleźć parę zdjęć z tego dnia:


Wspinanie się koło Garmisch-Partenkirchen - 20.05.2007
















Brak komentarzy: