czwartek, 17 maja 2007

Wyprawa w góry - Mój przyjaciel Samir

Wybrałem się z kolegą Samirem z pracy w Alpy, dokładnie to do Garmisch-Partenkirchen. Wyjechaliśmy rano o 7:30, aby zdążyć na stacje musiałem wstać koło 6:30. Lekko zmęczeni obserwowaliśmy razem widoki za oknem. Były coraz ładniejsze, wyjechaliśmy z miasta, teren lekko pagórkowaty, potem minęliśmy ładne jezioro. Zaczęliśmy rozmawiać o tym jak trafiliśmy na swoje działki. Starałem się przy tym zwracać uwagę na to, aby Samir mówił więcej, tako nowa forma walki z za dużo mówieniem, wsłuchiwałem się też w tą całą dyskusję z całym swoim zaangażowaniem. Samir pochodzi z Indii z Kalkuty, trafił do mojego biura. Najpierw tylko trochę ze sobą rozmawialiśmy, potem zaczęliśmy chodzić na obiady razem i jakoś tak nasza znajomość się rozkręciła. Jego koledzy mieli jechać w góry, więc ja się chciałem do nich dołączyć. Oni nie pojechali, więc wybraliśmy się my we dwoje. Przygotowałem wcześniej cały komplet map i przewodników. Oczywiście chciałem się udać na najwyższą okoliczną górę, na Zugspitze. W pociągu Samir opowiedział mi jak się to stało, że zajmuje się teraz astrofizyką, wcześniej skończył fizykę, coś z mechaniką kwantową, jego tata uczył matematyki na uniwersytecie. Tak samo jak mnie, do nauki pchnęła go ciekawość świata. O fizyce myślał już od bardzo młodych lat, to jak ja o komputerach. Jego mama miała taki standardowy zawód jak na tamte warunki, czyli była „house wife”. Samir w detalach opowiedział mi o tym jak dostał się na doktora z astrofizyki, jak zaczęło go to pociągać. Zacząłem odkrywać to jak jest podobny do mnie. Miał dziewczynę w Indiach, ale taką z miłości, a nie jak to tam zwykle bywa z odgórnych rodzinnych przykazów. Samir miał także talent do rozśmieszania mnie, szczególnie kiedy się gorzej czułem, zawsze potrafił obrócić sprawy kota-ogonem, tak że wywoływało to uśmiech na mojej twarzy. Czym dalej podróżowaliśmy pociągiem tym góry stawały się wkoło wyższe.

W końcu dojechaliśmy do Garmisch-Partenkirchen. Widok niesamowity, piękne ośnieżone szczyty. Poszliśmy do biura turystycznego i dowiedzieliśmy się, że wejście na Zugspitze jest zamknięte bo jeszcze śnieg leży. Postanowiliśmy wybrać się nad lokalne jezioro Elbsy do którego dojeżdżało się koleją. Widok przepiękny, nie byłem jeszcze nad Morskim Okiem, ale pewnie tam jest podobnie. W pociągu jechało z nami sporo narciarzy. Ja chciałem jechać oczywiście do Zugspitze, ale Samir narzekał, że za drogo. Dotarliśmy na miejsce i zaczęliśmy nasz spacer, jezioro ładne, ale ja jakoś na początku się nie zachwyciłem, woda czysta. Zaczęliśmy wędrówkę od lewej strony, las, jeziora, a my rozmawialiśmy. O Indiach, o tym jakie są tam zwyczaje, o rodzinie Samira, o jego dziewczynie, o podziale kastowym, o nauce i o tym co warto w życiu robić. Samir pochodził z nowoczesnej rodziny, czyli żył bardzo podobnie jak my w europie, zresztą był tu już kilka razy wcześniej. Zeszliśmy na chwilę ze ścieżki i weszliśmy w las, aby pochwali na nią znowu wrócić. Szliśmy dość powoli, w około połowę drogi chcieliśmy przyspieszyć, aby wrócić na pociąg, jednak okazało się, że czasu jest bardzo mało, więc wybraliśmy następny. Czym dalej się szło tym widoki było coraz ciekawsze, z drugiej strony zaczęliśmy widzieć ośnieżone szczyty, las, a na dole woda, która z tej strony była taka błękitna. Oglądaliśmy to wszystko z zapartym tchem. Szukaliśmy też strumieni, śmiesznie to wyglądało, strumienie spływały z góry, a potem wsiąkały gdzieś w ziemię i przepadały. Na końcu musieliśmy zacząć biec na pociąg i to ten następny, który był godzinę później. Samir stawał się mi bliższy. Wróciliśmy do miasta, potem wybraliśmy się w stronę góry Wank, na którą mieliśmy wjechać kolejką. Po drodze przeszliśmy koło centrum miasta i zatrzymaliśmy się w pizzerii na pizzę, wystrój lokalu bardzo ładny, a tak dobrej pizzy dawno nie jadłem. Kiedy doszliśmy do kolejki, okazało się, że jest linowa, a Samir powiedział mi, że ma lęk wysokości i za chiny nie wiedzie. Próbowałem go namówić, bezskutecznie, opowiedział mi, że raz jechał już taką kolejką i w połowie drogi dostał takiej paniki, że ledwo na górę się dostał. Okazało się, że dlatego też nie chciał on wcześniej wjechać na Zugspitze, bo tam też była kolejka linowa. No cóż, godzina była już 4, umówiliśmy się, że ja wjadę i zejdę na piechotę, a on w tym czasie będzie szedł od dołu. Byłem na to dobrze przygotowany, miałem zapasową mapę, dałem mu też drugą komórkę w razie czego i umówiliśmy się jak będziemy szli. Wjechałem na górę, widok z kolejki był cudowny, aczkolwiek mocne słońce lekko oślepiało. Na górze dostałem się do głównego szczytu, zadzwoniłem do swojej siostry Kasi, no i w drogę na dół. Miałem ze sobą plecak, drugie buty na zmianę, dwa swetry, a sam szedłem w adidasach. Bagaż był lekko ciężki, coś poniżej 10 kg, a tego dnia było tak ciepło, że nic z tych rzeczy się nie przydało. Zacząłem można powiedzieć zbiegać w dół, nie po szlaku, ale z górki, tak żeby go widzieć. Tak było szybciej, wszędzie dookoła góry. Przy tym zbieganiu pomyliłem szlak, zresztą był on tak średnio oznakowany i trafiłem na cięższą ścieżkę. Czasami biegłem, czasami szedłem, w sumie na znakach było napisane 2 godziny na dół, a ja zrobiłem półtora większy dystans w 1,5 godziny. W końcu spotkałem Samira na dole, znaleźliśmy ścisłe piękne, górskie centrum miasta i szybko do pociągu.

Wróciliśmy wieczorem, ja do domu, potem wyszykowałem się, poszedłem na dyskotekę, posiedziałem tam do około 6, w sumie tego dnia chyba nikogo tam nie poznałem, muzyka była jak zawsze przednia, jeżeli ktoś lubi takie klimaty. Zresztą Kult Fabrik, bo tak nazywa się to miejsce, to 40 różnych barów i dyskotek w starej fabryce, jedno z większych tego typu miejsc w Europie. Ja zawsze chodzę do Q-club, to jest największa tam znajdująca się dyskoteka. Wytańczyłem się tak, że przez następne dwa dni miałem zakwasy mięśni brzucha, a po imprezie jeszcze wyszedłem i przebiegłem z dobry kilometr, a to było już 24 godzin na nogach, a mnie energia ciągle rozpierała. Trafiłem do domu i położyłem się spać. Od tego dnia Samir stał mi się bliższy, został moim przyjacielem.

Często z Samirem wieczorami robiliśmy sobie spacery po okolicy, aby odpocząć od pracy. Rozmawialiśmy głównie o tym, co robić w życiu, o dziewczynach, o pracy, o zwyczajach u niego w domu panujących. Dowiedziałem się, że jest z pod znaku Raka, ale takiego końcowego, przechodzącego niedługo w Lwa. Jakoś przyciągało mnie do takich ludzi, bo to już druga taka osoba. Zachowywał się przez to czasami lekko kobieco, tak ciepło i serdecznie. Zresztą jakoś tak od początku pogłębiania się naszej znajomości wydawało mi się, że to może być jego znak. W sumie go zgadłem. Dokładnie podobny znak i podobnie się zachowywał mój drugi kolega z którym pracowałem, a potem spędziłem tydzień w Holandii w Leiden i Amsterdamie. Teraz chyba był w Jerozolimie, zmienił działkę i zajmuje się komputerami kwantowymi.

Z czasem bardzo zżyłem się z Samirem, czasami wieczorami wracaliśmy tym samym pociągiem. On pracował często w weekendy, tak jak ja. W środę rano miał samolot do Kalkuty. We wtorek kiedy wieczorem wychodził, powiedziałem mu cześć, on się uśmiechnął, a ja do niego, no coś Ty, odprowadzę Cię na pociąg. Odprowadziłem, tak z lekkim sentymentem. Wsiadł do pociągu, uśmiechnął się, i przyłożył palec do szyby. Pomachaliśmy sobie, a on odjechał. Nagle do głowy przyszły mi słowa, mój przyjaciel Samir, a łzy mi spłynęły strużką po policzkach. Dobrze jest spotkać na naszej drodze takich ludzi!

Brak komentarzy: